czwartek, 13 sierpnia, 2026
spot_img
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Wina zawsze spada na poprzednika. Słowo o samorządzie i politykach, którzy nie potrafią się zmienić

Jest taki moment w każdej niemal kadencji samorządowej, powtarzalny jak refren, w którym nowa władza – nowy wójt, nowy burmistrz, nowy zarząd – rozpoczyna urzędowanie od tego samego rytuału. Poprzednik budował układy. Poprzednik nie słuchał mieszkańców. Poprzednik nie szanował demokracji. Poprzednik nie udzielał informacji publicznej. Poprzednik zatrudniał swoich ludzi na stanowiskach, do których nie mieli kompetencji, tylko lojalność. 

Mija rok, dwa, czasem więcej. Nowa ekipa, która doszła do władzy właśnie na fali krytyki poprzedników, zaczyna robić dokładnie to samo, co zarzucała swoim poprzednikom – tyle że pod innym szyldem. Zwalnia się ludzi związanych z poprzednią władzą, a na ich miejsce zatrudnia się swoich – często na podobnych zasadach lojalności, a nie kompetencji, które wcześniej były przedmiotem oburzenia. Informacja publiczna wciąż nie płynie do mieszkańców tak, jak powinna – zmienia się tylko nadawca milczenia. Postulaty, które miały być sztandarowym powodem zmiany władzy, latami czekają na realizację, a mieszkańcy wciąż słyszą to samo uzasadnienie: to nie nasza wina, zastaliśmy taki bałagan, że potrzeba więcej czasu.

Problem w tym, że ten „więcej czasu” ma tendencję do rozciągania się w nieskończoność. W pewnym momencie – a doświadczenie wielu samorządów w Polsce to potwierdza – trudno już mówić o „dziedzictwie poprzedników” jako wiarygodnym wytłumaczeniu bezczynności. Kiedy mija połowa kadencji, a obiecane inwestycje wciąż są „w przygotowaniu”, kiedy konsultacje społeczne wciąż są fasadą, a decyzje personalne wciąż opierają się na sieci znajomości, to nie jest już spadek po poprzednikach. To jest własna, autorska polityka nowej władzy, tylko wygodniej nazywać ją inaczej.

Zamknięty krąg odpowiedzialności

To, co czyni ten mechanizm szczególnie trwałym, to sposób, w jaki broni się przed krytyką. Kiedy ktoś – dziennikarz, mieszkaniec, opozycyjny radny – zwraca uwagę, że nowa władza powiela wzorce, które sama wcześniej piętnowała, pojawia się niemal odruchowo ten sam kontrargument: a gdzie byłeś, kiedy krytykowałem poprzednika? Skoro wtedy milczałeś, teraz też nie masz prawa głosu.

To rozumowanie jest logicznie puste, ale politycznie bardzo skuteczne. Zamiast odnieść się do meritum zarzutu, czy rzeczywiście nie udziela się informacji, czy rzeczywiście zatrudnia się na podstawie znajomości, czy rzeczywiście postulaty z kampanii wciąż leżą odłogiem, przenosi się dyskusję na grunt osobisty: kim jesteś, żeby mnie oceniać, skoro nie byłeś równie surowy wobec innych. To klasyczny wybieg, który w polskiej debacie samorządowej (i nie tylko samorządowej) sprawdza się bez końca, bo pozwala uniknąć odpowiedzi na niewygodne pytanie, przerzucając ciężar dowodu na krytyka, zamiast na rządzącego.

Tyle że konsekwentne stosowanie tego argumentu prowadzi do zamkniętego kręgu, z którego nie ma wyjścia: każda kolejna władza może się bronić tym samym schematem: „krytykuj mnie tyle, ile krytykowałeś poprzednika, ani trochę więcej” co w praktyce oznacza, że nikt nigdy nie ponosi pełnej odpowiedzialności za własne decyzje, bo zawsze można wskazać kogoś, kto był (rzekomo) gorszy albo mniej krytykowany.

Dlaczego to się powtarza?

Nie jest to przypadek ani wyjątek. To strukturalna cecha wielu polskich samorządów, niezależnie od szczebla i niezależnie od barw politycznych rządzących. Władza lokalna daje realny, bezpośredni wpływ na zatrudnienie, kontrakty, informację, dostęp do zasobów gminy czy powiatu. To pokusa, której trudno się oprzeć, niezależnie od tego, po której stronie sporu politycznego się stoi. Krytyka poprzedników jest tania i skuteczna w kampanii, bo nie wymaga jeszcze żadnych rozliczalnych efektów – można krytykować bez końca, dopóki się nie rządzi. Gdy władza się zmienia, nowa ekipa dziedziczy nie tylko urząd, ale i te same strukturalne pokusy, którym wcześniej się przeciwstawiała retorycznie.

Do tego dochodzi coś jeszcze: brak realnych, systemowych mechanizmów rozliczania władzy lokalnej między wyborami. Mieszkańcy mają formalne narzędzia: skargi, wnioski o informację publiczną, konsultacje, referenda lokalne, ale ich realna skuteczność bywa ograniczona, a odpowiedź na nie często sprowadza się do tego samego, co wcześniej: milczenia albo przerzucania odpowiedzialności na poprzednią kadencję.

Efekt jest taki, że zmiana władzy lokalnej sama w sobie niewiele gwarantuje. Nowe nazwisko na drzwiach gabinetu wójta czy burmistrza nie jest równoznaczne z nową jakością rządzenia, jeśli nie towarzyszy jej realna zmiana praktyk: transparentności, sposobu obsadzania stanowisk, tempa realizacji obietnic wyborczych. Dopóki jedynym mechanizmem oceny władzy pozostaje porównanie z poprzednikiem, „czy jestem gorszy od tamtego”, a nie ocena wobec własnych deklaracji i obiektywnych standardów rządzenia, samorząd będzie się kręcił w tym samym kole: krytyka, władza, powielanie wzorców, obrona przez wskazanie na poprzednika, kolejne wybory, kolejna krytyka.

Wyjściem z tego koła nie jest znalezienie idealnego kandydata, który nigdy nie popełni błędów poprzedników, bo to iluzja. Wyjściem jest wymaganie od każdej władzy, niezależnie od tego, ile lat rządzi i kogo krytykowała wcześniej, tego samego: rzetelnej informacji, przejrzystych zasad zatrudniania, terminowego wywiązywania się z obietnic. Bez taryfy ulgowej wynikającej z tego, kto rządził wcześniej i bez akceptowania argumentu, że prawo do krytyki wygasa, jeśli nie było się równie surowym wobec poprzedniej ekipy.

Popularne Artykuły