poniedziałek, 11 maja, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Szczecińscy radni to „geniusze inwestycji”? Tor bez dachu, czyli jak wydać 100 milionów i dalej nie mieć toru

Decyzja zapadła. Radni przyjęli koncepcję wielofunkcyjnej hali z welodromem, boiskiem i trybunami. Na papierze wszystko się zgadza: nowoczesność, dostępność, „wyjście do mieszkańców”. W praktyce – powstaje projekt, który będzie budowlanym bublem i może sie stać światowym memem w kategorii „sport”. Kluczowe pytanie przy tej inwestycji proste: czy ktoś jeszcze pamięta, czym jest tor kolarski?

Welodrom to nie jest park rekreacyjny ani boisko osiedlowe. To infrastruktura precyzyjna, wymagająca określonych warunków. Przede wszystkim – stabilnych. Bez dachu tor przestaje być obiektem sportowym, a staje się przestrzenią przypadkową, zależną od pogody.

Wyobrażenie jest banalne. Rywalizacja. Nawet nie olimpijska, nawet nie najwyższej rangi. Po prostu zawody. I nagle zaczyna padać deszcz. Nawierzchnia robi się śliska, niebezpieczna, w praktyce nieużywalna. Zawody się nie odbywają. Trening się nie odbywa. Obiekt za dziesiątki milionów złotych przestaje pełnić swoją podstawową funkcję. To nie jest detal. To fundament funkcjonowania tego typu obiektów na całym świecie.

Nie bez powodu profesjonalne tory kolarskie na całym świecie są zadaszone. To nie kwestia estetyki ani prestiżu, lecz elementarna wymóg funkcjonalności i bezpieczeństwa. Drewniana nawierzchnia welodromu jest wrażliwa na wilgoć, zmiany temperatury i zabrudzenia, a nawet niewielki deszcz czyni ją śliską i niebezpieczną. Każde zawody, każdy trening wymagają powtarzalnych, kontrolowanych warunków. Bez dachu nie ma mowy o regularnym użytkowaniu obiektu na poziomie sportowym – jest tylko uzależnienie od pogody i ciągłe ryzyko przerw. Dlatego wszystkie nowoczesne, pełnowartościowe welodromy są projektowane jako obiekty zamknięte.

Radni mówią o „odchodzeniu od obiektów dla jednej dyscypliny”. Problem w tym, że w tym przypadku próbuje się pogodzić dwie sprzeczne logiki. Z jednej strony profesjonalny tor kolarski, z drugiej – wielofunkcyjność i dostępność dla wszystkich. Efekt? Rozmycie funkcji i obniżenie standardu. W praktyce w głowach radnych powstaje obiekt, który nie będzie w pełni funkcjonalnym welodromem, nie będzie też pełnoprawną halą sportową najwyższej klasy, ale będzie kosztował ponad 100 milionów złotych, a potem będzie wymagał niemałych nakładów finansowych na utrzymanie. To nie kompromis. To konstrukcja, która nie spełnia w pełni żadnej z ról.

Zewnętrzny tor betonowy jako „całoroczny” obiekt treningowy to założenie oderwane od praktyki. W naszej strefie klimatycznej „sprzyjające warunki” są wyjątkiem, nie regułą. Deszcz, wiatr, niskie temperatury, wilgoć – to codzienność przez znaczną część roku. Betonowa nawierzchnia w takich warunkach nie tylko ogranicza trening, ale staje się zwyczajnie niebezpieczna. Mówienie o całorocznym użytkowaniu brzmi dobrze w prezentacji, ale nie wytrzymuje zderzenia z kalendarzem i pogodą.

Jeszcze większe wątpliwości budzi łączenie funkcji. Tor treningowy dla profesjonalistów, amatorów i osób z niepełnosprawnościami w jednym miejscu oznacza konflikt potrzeb. Sport wyczynowy wymaga powtarzalnych, kontrolowanych warunków. Trening rekreacyjny – dostępności i swobody. Rehabilitacja i sport osób z niepełnosprawnościami – bezpieczeństwa i dostosowania. Próba pogodzenia tych trzech światów na jednym, odkrytym torze prowadzi do obniżenia standardu dla wszystkich.

Z kolei argument o „krytym torze zgodnym z najnowszymi standardami” brzmi jak zabezpieczenie projektu, ale tylko częściowe. Owszem, taki obiekt pozwoli trenować i organizować zawody. Tyle że równolegle powstaje drugi tor, który pochłonie środki, a jego realna użyteczność będzie ograniczona. To nie jest uzupełnienie infrastruktury, lecz jej dublowanie – z tym że jedna część będzie funkcjonować, a druga przez dużą część roku pozostanie niewykorzystana.

Jeszcze poważniejszy problem dotyczy finansowania. Już dziś wiadomo, że miasto nie otrzyma środków na wszystko. Trzeba będzie wybrać: albo nowa hala, albo remont istniejącego toru. To oznacza, że projekt od początku opiera się na niepewności. A mimo to podejmowane są decyzje, jakby finansowanie było przesądzone. Najbardziej niepokojące jest jednak coś innego. Narracja. Słyszymy, że „nie stać nas na prowizorkę”. Tymczasem proponowane rozwiązanie dokładnie to przypomina. Prowizorka nie polega na taniości. Prowizorka polega na tym, że coś wygląda dobrze na wizualizacji, ale nie działa w rzeczywistości.

Tor kolarski bez pełnej funkcjonalności nie stanie się wizytówką miasta. Stanie się problemem. Miejscem, które trzeba będzie utrzymywać, mimo że nie spełnia swojej roli. Wydanie ponad 100 milionów złotych powinno oznaczać jedno: inwestycję, która działa, przyciąga wydarzenia, rozwija sport. W obecnej formie trudno mieć pewność, że tak będzie. To jest kosztowna iluzja.

Popularne Artykuły