W ostatnich dniach przejście graniczne w Lubieszynie, tuż przy zachodniej granicy Polski, stało się areną niecodziennego protestu. Około 30 mężczyzn – jak informują prawicowe media oraz politycy – zebrało się tam, by „chronić Polskę przed nielegalnymi migrantami”. Akcja, którą jej organizatorzy zapowiadają jako początek regularnych patroli obywatelskich, budzi jednak więcej pytań niż podziwu.
Według uczestników, to dopiero początek – „będziemy tu codziennie i będą nas setki”. Pytanie tylko: po co?
Nielegalna migracja to poważne zjawisko i wyzwanie, które wymaga systemowych rozwiązań i skutecznego działania państwowych służb granicznych. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że akcja z Lubieszyna ma przede wszystkim wymiar symboliczno-polityczny. Lub bardziej trafnie – propagandowy.
Ciężko sobie bowiem wyobrazić, że którakolwiek z osób próbujących nielegalnie przekroczyć granicę zdecydowałaby się na przemarsz przez środek ruchliwej drogi krajowej, przy regularnie patrolowanym przejściu granicznym. Faktyczne szlaki migracyjne – jeśli istnieją – prowadzą raczej przez trudniej dostępne odcinki terenów przygranicznych, a nie wprost przez asfaltowe drogi, tuż obok celników, kamer i barier drogowych.
To, że grupa mężczyzn pojawiła się akurat w Lubieszynie, wydaje się bardziej politycznym gestem niż realną próbą ochrony granic. Trudno też uznać taką formę działania za efektywną, skoro całej granicy państwowej – rozciągającej się na setki kilometrów – nie da się zabezpieczyć pokazowymi akcjami.
W obecnej sytuacji – kiedy temat migracji jest w Polsce silnie upolityczniony – warto zachować zdrowy rozsądek. Zamiast pokazowych wystąpień i wzmacniania atmosfery zagrożenia, potrzebna jest rzetelna debata o roli Polski w polityce migracyjnej, skuteczne działania Straży Granicznej.
Jeśli pojawią się setki takich „patrolujących” obywateli, będzie to już nie tylko spektakl polityczny, ale i realne zagrożenie dla porządku publicznego – a w konsekwencji także dla wizerunku państwa prawa. Trudno bowiem uznać za zdrową sytuację, w której prywatne grupy przejmują funkcje państwowych służb, nawet jeśli – a może właśnie dlatego – czynią to w imię bezpieczeństwa narodowego.





