Niektórzy kierowcy tylko komentują sytuację na drogach w internecie. Inni idą o krok dalej i postanawiają osobiście szkolić policję. Tak właśnie było w Szczecinie.
Funkcjonariusze drogówki prowadzili standardową kontrolę prędkości. Radar działał, kierowcy zwalniali, mandaty były gotowe do wystawienia. Nagle na poboczu zatrzymał się mężczyzna, który najwyraźniej uznał, że czas na małą konsultację społeczną. Według relacji policji kierowca postanowił zwrócić funkcjonariuszom uwagę, że nie tam szukają problemów. Jego zdaniem zamiast mierzyć prędkość powinni zająć się kierowcami jadącymi zbyt wolno lewym pasem ruchu.
Krótko mówiąc: przyjechał pouczyć drogówkę, jak wykonywać jej pracę.
Gdy policjanci zaczęli przyglądać się swojemu nieoczekiwanemu doradcy, doszli do wniosku, że zachowywał się w sposób co najmniej podejrzany. Funkcjonariusze wsiedli więc do radiowozu, ruszyli za nim i zatrzymali go do kontroli. Tu nastąpił zwrot akcji godny komedii pomyłek.
Badanie alkomatem wykazało, że kierowca był pod wpływem alkoholu. I nagle dyskusja o lewym pasie zeszła na dalszy plan.
Trudno o bardziej przewrotną historię. Człowiek, który przyjechał tłumaczyć policjantom, gdzie należy szukać drogowych zagrożeń, sam okazał się powodem do interwencji. Cała sytuacja przypomina stare powiedzenie o tym, żeby nie zwracać na siebie uwagi, gdy ma się coś na sumieniu. W tej historii najbardziej ironiczne jest jednak to, że gdyby kierowca po prostu pojechał dalej, prawdopodobnie nie zainteresowałby nikogo swoją osobą. Zamiast tego postanowił zatrzymać się, udzielić funkcjonariuszom kilku porad i… sam wpakował się w poważne kłopoty.
Policja nie informuje o dokładnym stężeniu alkoholu, ale konsekwencje dla kierowcy będą zależały od wyniku badania. Jedno jest pewne: ta kontrola drogowa nie potoczyła się tak, jak planował jej samozwańczy konsultant. A policjanci, zamiast szukać kierowców jadących za wolno lewym pasem, znaleźli kierowcę, który w ogóle nie powinien siadać za kierownicą.






