Mówi się, że ryba psuje się od głowy. I faktycznie – wystarczy spojrzeć na polską scenę polityczną, żeby tę starą prawdę poczuć niemal namacalnie. Tyle że tu nie chodzi o karpia wigilijnego czy szczupaka na masełku, ale o państwo, które z góry zaczyna wydzielać woń absurdu i hipokryzji.
Weźmy choćby niedawne obchody rocznicy Porozumień Sierpniowych w Szczecinie. Przyjechał prezydent Karol Nawrocki – głowa państwa, najwyższy przedstawiciel. Mogłoby się wydawać, że to moment, w którym politycy, niezależnie od barw partyjnych, podadzą sobie ręce i pokażą, że w obliczu historii są w stanie wznieść się ponad podziały. Brzmi pięknie? Niestety, jak to w Polsce – brzmi. Bo na miejscu brakowało polityków Platformy Obywatelskiej, którzy uznali, że skoro „to nie nasz prezydent”, to po co się fatygować.
Ale zanim zaczniemy kiwać palcem w stronę jednej strony sceny, warto przypomnieć, że ta sama przypadłość od lat gnębi także prawicę. Kiedy jakieś uroczystości uświetniał były już Bronisław Komorowski, obecność przedstawicieli PiS była równie wątła co chęć do kompromisu w polskim Sejmie. Można by wręcz sporządzić prosty, szkolny algorytm: jeśli wydarzenie organizuje „nasz” – idziemy, uśmiechamy się, machamy chorągiewką. Jeśli „wasz” – bojkot, foch, konferencja w innym miejscu.
I teraz najlepsze: wszyscy ci sami politycy, którzy z godnością unikają siebie nawzajem, powtarzają do kamer: „Nie chcemy dzielić społeczeństwa, zależy nam na współpracy i dialogu”. Coś pięknego! Gdyby za każdym razem, kiedy padają te słowa, rosło jedno drzewo, mielibyśmy w Polsce dżunglę gęstszą niż Amazonia. Szkoda tylko, że zamiast drzew wyrastają kolejne mury, rowy i barykady, które politycy skrzętnie budują, a my – obywatele – musimy w tym labiryncie żyć.
Może to właśnie największy dramat – że te polityczne przepychanki, pełne gestów obrażonego dziecka, które nie chce usiąść obok kolegi w ławce, stają się wzorem dla nas. Skoro oni nie potrafią podać sobie ręki, to dlaczego ja mam zagadać do sąsiada, który głosuje „na tych drugich”? Skoro w telewizji jedna część narodu patrzy na drugą jak na wroga, to jak mamy razem świętować w rodzinie przy stole?
Śmiech przez łzy polega na tym, że to wszystko jest w gruncie rzeczy do przewidzenia. Bo wiemy, że jeśli jutro przyjedzie Donald Tusk, nie zobaczymy polityków PiS. Jeśli pojawi się Andrzej Duda – PO będzie na urlopie. Jeśli zaproszą Jarosława Kaczyńskiego, PO od razu przypomni sobie, że ma pilne spotkanie na końcu świata. Polska polityka to teatr, w którym wszyscy aktorzy grają tę samą sztukę, tylko w innych kostiumach.
A my, widzowie, siedzimy na widowni i płacimy za bilet – podatkami, frustracją, utratą zaufania. Możemy się śmiać, bo czasem groteska bywa zabawna. Ale to taki śmiech, który zostawia gorycz w ustach. Bo w końcu mówimy o „Solidarności” – słowie, które kiedyś było powodem do dumy, a dziś coraz częściej brzmi jak pusty slogan, którym okładają się politycy w kampaniach.
Ryba psuje się od głowy. I dopóki ta głowa będzie skłócona, zajęta własnym obrazem w lustrze i rachowaniem, kto komu podał rękę, a kto nie, dopóty całe społeczeństwo będzie czuło ten nieprzyjemny zapach. Smutne, że w kraju, który tak pięknie walczył o wolność i jedność, jedynym, co naprawdę łączy dziś polityków, jest konsekwentne dzielenie ludzi.





