Są gesty tak proste, że aż wstyd, kiedy ich brakuje. Jednym z nich jest podpisanie autora zdjęcia. W dobie mediów społecznościowych obraz krąży szybciej niż myśl, ale szybkość nie zwalnia z odpowiedzialności — szczególnie tych, którzy mówią w imieniu społeczności. Przedstawiciel społeczeństwa nie tylko stanowi prawo, on też je współtworzy swoim przykładem. I dlatego każda publikacja publicznej osoby jest czymś więcej niż „wrzutką”: to komunikat o standardach.
Ostatnio zobaczyłem w sieci zdjęcie Szczecina z Żagli 2025 na profilu posła Patryka Jaskulskiego. Piękny kadr, dobra chwila, energia miasta uchwycona w jednej klatce. Wszystko byłoby w porządku, gdyby to było zdjęcie jego autorstwa. Ba — gdyby choć widniało pod nim nazwisko autora. Ba — gdyby chociaż pojawiło się źródło. To nie jest kwestia „czepialstwa”, nie o to tu chodzi. To kwestia elementarnego szacunku dla czyjejś pracy. Ktoś stał w tym miejscu, w tym czasie, zainwestował sprzęt, umiejętność, cierpliwość. Ktoś to wymyślił, wykadrował, obrobił, opublikował. Ktoś jest autorem.


W tym wypadku szczeciński poseł KO, Patryk Jaskulski przywłaszczył sobie zdjęcie opublikowane kilka dni wcześniej na facebookowym profilu Floating Garden. Nie podpisał ani autora zdjęcia, poseł nie podał nawet źródła – można pomyśleć, że sam je wykonał… mówię tu o rzeczy absolutnie podstawowej: podpis. Czasem wystarczy zapytać, czy można udostępnić. Czasem wystarczy oznaczyć profil, wkleić link, napisać „fot. …”. To sekundę roboty, a zmienia wszystko — przywraca sprawczość twórcy, pokazuje, że odbiorca rozumie, iż obrazy nie biorą się znikąd. I tak, wiem, internet żyje „obiegówką”, memem, „znalezione w sieci”. Ale właśnie dlatego publiczni przedstawiciele powinni mieć wyższą poprzeczkę. Bo jeśli „najwyżej” machnie ręką, „niżej” też zacznie. Normy kształtują się w drobnych nawykach.
Piszę to również z własnej perspektywy. Fotografuję. Wiem, jak wygląda ciche przywłaszczenie: miłe komentarze, dużo zasięgu… i ani śladu informacji, czyj to kadr. Ten moment boli. Nie dlatego, że fotograf marzy o ołtarzyku z własnym nazwiskiem. Dlatego, że obraz jest efektem czyjejś pracy, a praca zasługuje na przypisanie — tak samo jak cytat w artykule, podpis pod grafiką, nazwisko autora książki na okładce. To nie snobizm, to kręgosłup etyczny obiegu kultury.
Nie chcę ferować wyroków, od tego są inni. Ale Panie Pośle – chcę przypomnieć prostą regułę: im wyższy urząd, tym większa odpowiedzialność za podstawowe gesty. Podpisanie autora to nie jest przysługa. To standard. Jeśli oczekujemy szacunku do prawa i do instytucji, zacznijmy od szacunku do autora. Od jednego „fot. …”. Od wiadomości: „świetne zdjęcie — mogę udostępnić z podpisem?”. Od zwykłej wdzięczności.
Ten felieton Panie Pośle nie zmieni świata, ale może przypomnieć Panu, że kultura zaczyna się tam, gdzie kończy się bylejakość. Arogancja wobec twórców jest formą bylejakości. I nie przystoi nikomu, a już na pewno nie osobie, która bierze na siebie rolę reprezentowania innych.





