Nowogard, Dębno, Dobra, Kołbaskowo…. W ciągu zaledwie kilku miesięcy w samym województwie zachodniopomorskim pojawiło się więcej inicjatyw referendalnych niż przez całą poprzednią kadencję. W niektórych przypadkach procedury się rozpoczęły, w innych dużo się o referendum rozmawia.
Jesienią 2025 roku, kiedy w Nowogardzie komitet referendalny złożył do Komisarza Wyborczego w Szczecinie wniosek o odwołanie burmistrza i rady miejskiej, wielu obserwatorów sceny samorządowej wzruszyło ramionami. Lokalne spory, lokalne emocje — takie rzeczy zdarzają się w Polsce od dawna. Ale gdy kilka tygodni później podobna inicjatywa ruszyła w Czaplinku, a jeszcze wcześniej w Nowogródku Pomorskim, a na tablicy informacyjnej szczecińskiego Krajowego Biura Wyborczego zaczęły pojawiać się kolejne nazwy gmin z dopiskiem „inicjatywa referendalna w sprawie odwołania” — stało się jasne, że mamy do czynienia z czymś więcej niż jednostkowymi przypadkami.
Województwo zachodniopomorskie weszło w nową kadencję samorządową z wyjątkowo gorączkową aktywnością obywatelską w jej najbardziej konfrontacyjnej formie. Pytanie, dlaczego właśnie teraz i właśnie tutaj, odsyła nas do kilku splątanych ze sobą wątków — prawnych, społecznych i politycznych.
Mapa niezadowolenia
Fakty są twarde. W kadencji 2024–2029, jeszcze zanim minął jej drugi rok, na terenie województwa zachodniopomorskiego odnotowano co najmniej kilka formalnych inicjatyw referendalnych w sprawie odwołania organów samorządowych — zarówno wójtów i burmistrzów, jak i rad gmin. Część z nich trafiła do Komisarza Wyborczego i była procedowana, część zakończyła się na etapie zbierania podpisów lub została odrzucona z powodów formalnych — jak w przypadku Nowogardu, gdzie wniosek odrzucono w listopadzie 2025 roku. Inne doprowadziły do faktycznego głosowania, jak w Czaplinku, gdzie 29 marca 2026 roku mieszkańcy poszli do urn — choć bez skutku prawnego, bo referendum nie osiągnęło wymaganej frekwencji.
Dla porównania: w całej poprzedniej kadencji 2018–2024 na terenie Zachodniopomorskiego odbyły się trzy referenda. Różnica jest uderzająca.
Dlaczego teraz? Pierwsza i najbardziej prozaiczna odpowiedź na pytanie o nagłe nasilenie inicjatyw referendalnych jest czysto prawna. Ustawa o referendum lokalnym przewiduje tzw. okres ochronny: wniosek o odwołanie organu samorządu nie może zostać złożony wcześniej niż dziesięć miesięcy od dnia wyboru. Po wyborach samorządowych z kwietnia 2024 roku zegar zaczął tykać. Gdy w lutym 2025 roku skończył się ów ochronny bufor dla większości wójtów i burmistrzów wybranych w pierwszej turze, wszyscy, którzy przez miesiące szykowali argumenty i zbierali nieformalne poparcie, mogli oficjalnie ruszyć do działania.
Dziś o referendum mówi się w wielu gminach, od Polic, Kołbaskowa, Dobrej, po Nowogard, Barlinek, czy też Dębno.
Dlaczego więcej niż dawniej?
Samo odblokowanie zegara wyjaśnia kiedy, ale nie dlaczego aż tyle. Tu wchodzą w grę czynniki głębsze.
Po pierwsze: wzrost świadomości procedur. Każde przeprowadzone gdziekolwiek w Polsce referendum odwoławcze — a w samym tylko okresie maj–lipiec 2025 roku odbyło się ich w kraju dziewięć — działa jak instrukcja obsługi rozesłana do wszystkich niezadowolonych mieszkańców. Internet, media lokalne, portale obywatelskie i grupy na mediach społecznościowych sprawiają, że ludzie wiedzą dziś, jak zebrać podpisy, co napisać w powiadomieniu do komisarza wyborczego i czego się spodziewać w kolejnych etapach. Wiedza, która jeszcze dziesięć lat temu była domeną lokalnych działaczy i prawników, stała się powszechna.
Po pierwsze bis: medialna zaraza dobrych przykładów. Odwołanie prezydent Zabrza Agnieszki Rupniewskiej w 2025 roku — jedyny spośród kilkunastu ówczesnych referendów zakończony sukcesem inicjatorów — wywołało w Polsce szeroki rezonans. Pokazało, że jest to możliwe. Że mechanizm, który wielu uważało za fasadowy, może zadziałać. Nawet jeśli statystyki są bezlitosne — zdecydowana większość referendów upada z powodu niewystarczającej frekwencji — sam fakt skutecznego przykładu uruchomił coś w zbiorowej wyobraźni obywatelskiej.
Po drugie: specyfika Zachodniopomorskiego jako regionu pogranicza. Województwo zachodniopomorskie jest regionem o szczególnej strukturze demograficznej i społecznej. Stosunkowo niski stopień zakorzenionych lokalnych elit, wysoka mobilność mieszkańców, słabsze — w porównaniu z regionami historycznie polskimi — poczucie lokalnej lojalności wobec „swoich”. Badacze samorządności od lat wskazują, że w takich warunkach mieszkańcy rzadziej wybaczają włodarzom i szybciej tracą cierpliwość, gdy czują się zignorowani. Konflikty eskalują inaczej niż na przykład w Małopolsce, gdzie głęboko zakorzenione układy towarzyskie i rodzinne przez lata amortyzują napięcia.
Po trzecie: napięcia powyborczego rozczarowania. Wybory samorządowe 2024 roku odbyły się w wyjątkowej atmosferze — po zmianie rządu krajowego, po latach silnej polaryzacji politycznej, która dotarła głęboko do samorządów. W wielu gminach mieszkańcy głosowali z entuzjazmem, oczekując realnej zmiany. Gdy po kilku miesiącach okazało się, że codzienne problemy — kosztowne inwestycje, budzące wątpliwości umowy, konflikty w radach, kwestie zagospodarowania przestrzennego — nie znikają razem ze zmianą nazwiska na drzwiach gabinetu, frustracja narastała szybciej niż zwykle. W mediach społecznościowych i na lokalnych forach dyskusja zamieniała się w organizację.
Mur frekwencyjny i paradoks demokracji
Niestety dla inicjatorów — i to jest sedno paradoksu, który towarzyszy każdemu z tych referendów — polska ustawa o referendum lokalnym konstruuje mechanizm prawny, który jest jednocześnie narzędziem demokracji i tarczą władzy. Aby wynik głosowania odwoławczego był ważny, do urn musi przyjść co najmniej trzy piąte tylu wyborców, ilu głosowało w wyborach samorządowych na odwoływany organ. W praktyce oznacza to próg trudny do pokonania — szczególnie tam, gdzie frekwencja wyborcza i tak nie jest wysoka.
Referendum w Czaplinku w marcu 2026 roku jest tu wymownym przykładem. Do urn przyszło 950 osób, spośród których 864 głosowały za odwołaniem burmistrza. Druzgocący wynik — niemal jednomyślność — a jednak burmistrz pozostał na stanowisku, bo zbyt mało mieszkańców w ogóle wzięło udział w głosowaniu. Ci, którzy przyszli, chcieli zmiany. Pytanie, czy ci, którzy nie przyszli, byli zadowoleni z władzy, czy po prostu nie wierzyli, że ich głos coś zmieni.
Kongres Ruchów Miejskich wprost nazywa ten mechanizm systemowym faworyzowaniem włodarzy: aparat urzędniczy, samorządowe media lokalne, sieć gminnych kontraktów i zależności tworzą strukturalną asymetrię, w której inicjatorzy referendum startują z daleko słabszej pozycji.
Fala inicjatyw referendalnych w województwie zachodniopomorskim jest lustrem, w którym odbija się kondycja polskiej demokracji lokalnej. Widzimy w nim kilka rzeczy naraz.
Widzimy rosnącą gotowość mieszkańców do aktywności obywatelskiej w jej najtwardszej formie. To dobra wiadomość dla demokracji. Widzimy jednocześnie system prawny, który — jak trafnie zauważają krytycy — jest bardziej zaprojektowany jako wentyl bezpieczeństwa niż jako realne narzędzie zmiany. Wysoki próg frekwencji sprawia, że skuteczne odwołanie jest wyjątkiem, a nie regułą.
Widzimy też coś, co można nazwać „demokracją nacisku”: nawet nieważne referendum zmienia lokalną politykę. Burmistrz, który przeżył głosowanie, wie, że ponad osiemdziesiąt procent głosujących chciało go odwołać. Rada gminy, która obserwowała mobilizację komitetu referendalnego, musi wyciągać wnioski. W tym sensie każda inicjatywa referendalna — nawet ta formalnie przegrana — jest informacją zwrotną dla władzy lokalnej. Informacją, której zignorować nie można.






