czwartek, 13 sierpnia, 2026
spot_img
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Paula Sowińska, czyli „Po prostu Paula”. Nie goni rekordów, nie udaje perfekcji i podbija serca internautów

W świecie mediów społecznościowych łatwo odnieść wrażenie, że każdy trening kończy się rekordem, a motywacja nigdy nie gaśnie. Paula Sowińska, znana w sieci jako „Po prostu Paula”, pokazuje zupełnie inną stronę aktywności. Bez udawania, bez sztucznego uśmiechu i bez presji nieustannego sukcesu. W rozmowie opowiada o gorszych dniach, macierzyństwie, autentyczności w internecie, absurdalnych propozycjach reklamowych i o tym, dlaczego bieganie pozostaje dla niej przestrzenią wolności, a nie wyścigiem o zasięgi.

 

Codziennie pokazujesz tysiącom ludzi, że sport to czysta radość i energia. Ale czy zdarzają się dni, kiedy masz absolutny wstręt do wyjścia z domu, a mimo to czujesz presję, że musisz wyjść i zrobić relację, bo „Po prostu Paula” nie może odpuścić?

– Oczywiście, że mam takie dni. Mam spadki motywacji, niechęć do treningu, jestem zmęczona, czasem po prostu nie chce mi się wyjść z domu. Różnica polega na tym, że ja to pokazuję. W social mediach często widzimy obrazek, że wszyscy biegają codziennie, zawsze uśmiechnięci, pełni energii i bez względu na pogodę czy nastrój. Ja taka nie jestem.

Jeśli realizuję plan treningowy i mam konkretny cel, czasem wychodzę mimo braku chęci, bo na tym polega dyscyplina. Jeśli jednak biegam bez planu, czasami odpuszczam i też nie mam problemu, żeby o tym powiedzieć. Nie czuję presji, że „Po prostu Paula” nie może odpuścić, bo nie kreuję idealnego obrazu. Pokazuję bieganie takim, jakie jest naprawdę, z lepszymi i gorszymi dniami.

Algorytmy social mediów kochają regularność i bicie rekordów – zarówno tych zasięgowych, jak i sportowych. Ty idziesz pod prąc i promujesz aktywność jako taką, bez bicia rekordów, z mówieniem, że fajnie być przeciętnym, bo liczy się zabawa, dobre samopoczucie. Jak udaje Ci się zachować zdrowy rozsądek i nie dać się wkręcić w pułapkę „muszę biegać więcej i szybciej, żeby posty dobrze się klikały”?

– Nie jestem przekonana, czy rzeczywiście trzeba biegać więcej i szybciej, żeby posty dobrze się klikały. Oczywiście największe sukcesy i największe porażki zawsze budzą emocje. Tyle że moi obserwatorzy to chyba głównie przede wszystkim amatorzy lub wręcz osoby, które ze sportem mają mało albo w ogóle nic wspólnego, a obserwują mnie, bo może kiedyś ich rozśmieszyłam… lub oglądają i czekają, aż ich przekonam (śmiech).

Ja sama jestem zwykłą dziewczyną z sąsiedztwa. Chcę pokazywać, że aktywność fizyczna jest dla każdego i że nie trzeba być rekordzistą, żeby czerpać z niej radość. Wierzę, że każdy może znaleźć coś dla siebie. Jeśli naprawdę w coś wierzysz, łatwo mówić o tym innym. Nigdy nie szłam z falą i nadal nie zamierzam. Mój content zmienia się razem ze mną, bo ja też się zmieniam. Publikuję to, co aktualnie jest mi bliskie. Dzięki temu jest autentycznie. Myślę, że właśnie prawda najlepiej trafia do ludzi. A rekordy i zasięgi? Nigdy nie były dla mnie najważniejsze, ale cieszę się że znajduje to odbiorców, bo to znaczy, że jest wiele osób aktywnych lub takich, których można przekonać, że wiele zyskają dzięki bieganiu, spacerom albo jeździe na rowerze.

Bieganie długodystansowe to w gruncie rzeczy bardzo samotny sport, w którym zostajesz sam na sam ze swoimi myślami na długi czas. Z drugiej strony żyjesz w świecie online, otoczona ciągłym szumem i powiadomieniami. Czy bieganie to dla Ciebie ucieczka od Internetu, czy może w trakcie biegu układasz w głowie kolejne posty?

– Pracuję z wieloma ludźmi, w domu mam trójkę dzieci, a do tego codziennie rozmawiam z wieloma osobami w mediach społecznościowych. Dobrze jest czasem pobyć z sobą samą. W świecie pełnym powiadomień, bodźców i ciągłego pośpiechu bieganie daje mi przestrzeń na złapanie oddechu.

Oczywiście zdarza mi się wpaść na pomysł posta podczas treningu, ale nigdy nie wychodzę biegać po to, żeby wymyślić content lub zrobić tylko zdjęcie na stories. Wychodzę dla siebie. Instagram jest dodatkiem do biegania, a nigdy odwrotnie.

W świecie influencerów sportowych propozycje współprac sypią się z każdej strony – od suplementów po „cudowne” gadżety. Jaka była najbardziej absurdalna oferta, którą musiałaś odrzucić, żeby pozostać wierną swoim wartościom i swoim odbiorcom?

– Najważniejsze jest dla mnie to, żeby współpracować z markami, do których jestem przekonana i których produktów rzeczywiście używam albo widzę w nich wartość. Dostałam propozycje promowania „fit” piw czy bezalkoholowych napojów dla sportowców. To kompletnie do mnie nie przemawia. Nie zgadzam się na takie współprace, bo po prostu nie uważam, że jest coś takiego… Najbardziej absurdalne były jednak sytuacje, kiedy firmy próbowały z góry napisać moją historię. Jedna marka napisała mi wręcz, jaki mam mieć problem, żeby ich produkt mógł go rozwiązać w ciągu dwóch tygodni. To było dla mnie nie do zaakceptowania. Nigdy nie będę tworzyć problemów na potrzeby reklamy ani obiecywać ludziom efektów, w które sama nie wierzę.

Sport uczy pokory, ale też potrafi frustrować. Czy pamiętasz taki moment w swojej biegowej drodze, kiedy ambicja przerosła czystą frajdę i pomyślałaś: „Kurczę, to już nie jest zabawa, to zaczyna mnie spinać”?

– Takich momentów było kilka… Pamiętam jeszcze początki, kiedy biegałam wyłącznie dla przyjemności. Kończyłam zawody szczęśliwa, a ktoś poklepywał mnie po ramieniu i mówił: „następnym razem będzie lepiej”. A przecież wcale nie było źle!

Niedawno miałam podobne emocje po półmaratonie. Dałam z siebie wszystko, pobiegłam życiówkę, a mimo to nie byłam zadowolona, bo liczyłam na jeszcze lepszy wynik. W drużynie posypało się mnóstwo życiówek, a ja poczułam ogromny niedosyt. Dlaczego innym się udaje, a mnie nie, skoro ciężko na to pracowałam? Na szczęście szybko to przepracowałam. Zrozumiałam, że nie chcę nigdy dopuścić do sytuacji, w której walka o kilka cyfr odbiera mi radość z biegania i startowania. Finalnie to są tylko cyfry. Najważniejsze jest to, co daje mi sam proces.

Zarażasz innych ruchem, ale sporo mówisz w tym o sobie. O tym, że jesteś matką. O tym, że ktoś się dziwił, że na randce opowiadałaś o bieganiu – a przecież to Twoja pasja. Gdzie – poza sportem i mediami społecznościowymi – „Po prostu Paula”  jest najbardziej aktywna? Masz jakąś pasję lub niszowe hobby, o którym Twoi obserwatorzy nie mają zielonego pojęcia, bo zupełnie nie pasuje do Twojego sportowego wizerunku?

– Mogłoby się wydawać, że opowiadam o sobie bardzo dużo, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest. Owszem, mówię, że jestem mamą, ale nie pokazuję życia swoich dzieci. Coraz bardziej dbam o prywatność i wiele rzeczy zostawiam wyłącznie dla siebie. Dlatego jeśli komuś wydaje się, że wie o mnie wszystko, bo dużo publikuję, to zapewniam, że tak nie jest. Nie wszystko musi trafiać do Internetu.

Mam też kilka zainteresowań niezwiązanych ze sportem. Jednym z nich jest np. scrapbooking, który daje mi zupełnie inną formę kreatywności. Jednak na swoim profilu chcę skupiać się głównie na sporcie i codzienności wokół niego. Nie dlatego, że inne pasje nie pasują do mojego wizerunku, tylko dlatego, że część życia chcę zachować wyłącznie dla siebie, nie chcę też rozpraszać wieloma tematami. Wolę skupić się na tym, co czuję najbardziej.

Jak godzisz rodzicielstwo z aktywnością sportową? Wiele matek w Twojej sytuacji powtarza, że nie ma czasu na pasje.

– Nie zawsze jest łatwo, nie zawsze jest to kwestia organizacji, jak czasami się mówi, ale naprawdę wierzę, że da się to jako tako pogodzić. Biegam lub ćwiczę rano lub nad ranem, kiedyś zdarzało mi się biegać wieczorami czy nawet nocą. Ćwiczę w domu, korzystałam z bieżni mechanicznej, biegam z dzieckiem jadącym obok na hulajnodze. Zdarza się też, że zabieram gumy oporowe czy hantle na plac zabaw. Możliwości jest naprawdę wiele. Oczywiście dużo zależy od sytuacji rodzinnej i wsparcia drugiego rodzica lub bliskich osób. Nie zawsze trening wygląda tak, jakbyśmy chcieli i trwa tyle, ile byśmy chcieli. Ale właśnie to staram się pokazywać, że nawet jeśli nie jest idealnie, nadal można znaleźć przestrzeń na ruch. Nie trzeba wybierać między byciem mamą a dbaniem o siebie.

Jesteś popularna i – z tego co opowiadasz – zaczepiają Cię panowie mówiąc, że mogą Ci wylizać buty. Nie stresują Cię takie wyznania?

– Dostaję sporo wiadomości: od zaproszeń na kawę, przez propozycje matrymonialne, aż po komentarze dotyczące butów czy skarpetek. Do tych pierwszych staram się podchodzić z życzliwością i po prostu grzecznie odmawiać. Te drugie raczej mnie bawią niż stresują. Najczęściej po prostu się uśmiecham i nie poświęcam im uwagi.

Przy liczbie wiadomości, które dostaję każdego dnia, zdecydowanie wolę poświęcić czas osobom, które piszą do mnie o swoich postępach, pierwszych treningach czy trudnościach, które udało im się pokonać.

Dostajesz masę wiadomości od swoich obserwatorów. A czy pamiętasz jedną konkretną wiadomość od jakiegoś internaty lub internautki, krytyczną, a może bardzo osobistą, która Cię zabolała?

– Pewnie jak każdy… dostaję i takie wiadomości lub komentarze. Staram się nie przejmować, ale nie twierdzę, że czasami się na nich nie zatrzymuję. Najbardziej chyba bolą te, które oceniają człowieka, nie znając całego kontekstu jego życia. Ale szczerze? Zdecydowanie mocniej zostają ze mną wiadomości pozytywne. Niemal codziennie ktoś pisze, że dzięki moim relacjom wrócił do biegania, wyszedł na pierwszy trening albo zaczął wierzyć, że aktywność jest także dla niego. To właśnie takie wiadomości mają dla mnie największe znaczenie i skutecznie zagłuszają te mniej przyjemne.

Wyobraź sobie, że jutro Instagram i TikTok znikają na zawsze. Biegasz dalej z taką samą intensywnością, robiąc to wyłącznie dla siebie, czy jednak ta społeczność i dzielenie się energią z innymi są już paliwem, bez którego trudno byłoby Ci się zmotywować?

– Bieganie było w moim życiu wcześniej niż media społecznościowe i zostałoby ze mną niezależnie od tego, czy Instagram istnieje, czy nie. Biegam dla siebie. Dla zdrowia, głowy, emocji i zwyczajnej przyjemności. Oczywiście byłoby mi szkoda społeczności, którą udało się stworzyć. To daje ogromną satysfakcję. Ale jeśli miałabym jednym zdaniem podsumować moją relację ze sportem i social mediami, powiedziałabym tak: Instagram jest dodatkiem do biegania, a nie bieganie dodatkiem do Instagrama.

 

Popularne Artykuły