środa, 16 września, 2026
spot_img
spot_imgspot_imgspot_imgspot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Park, który miał zablokować port. Jak padł argument, który przesądził o prezydenckim wecie

Międzyodrze – rozlewiska, torfowiska i kanały między Odrą Wschodnią a Zachodnią, nazywane czasem „europejską Amazonią” – od ponad trzydziestu lat czeka na status, który dawno mają porównywalne tereny po niemieckiej stronie granicy. W 2025 roku było bliżej niż kiedykolwiek. W listopadzie zabrakło jednego podpisu.

Ideę utworzenia parku narodowego na Międzyodrzu rozważano już w 1992 roku. Wtedy zablokowali ją miejscowi – wędkarze, rybacy i myśliwi protestowali przeciwko ograniczeniom swojej działalności, a lokalne władze obawiały się zakazów na ściśle chronionym terenie. Efektem kompromisu było powstanie w 1993 roku jedynie Parku Krajobrazowego Doliny Dolnej Odry – formy ochrony znacznie słabszej niż park narodowy. Dwa lata później, w 1995 roku, po drugiej stronie granicy Niemcy powołali swój Nationalpark Unteres Odertal na sąsiadującym obszarze. Polska strona doliny na twardą ochronę czekała więc od trzech dekad.

Do idei powrócono po katastrofie ekologicznej na Odrze latem 2022 roku, gdy zakwit toksycznych złotych alg – wywołany m.in. zrzutami zasolonych wód z górnośląskich kopalń – doprowadził do śnięcia, jak szacowano, ponad 200 milionów organizmów wodnych. Komisja Europejska uznała to za jedną z największych katastrof ekologicznych w historii Unii.

To, co odróżniało tę próbę od poprzednich, to zgoda lokalnych władz. Powstanie parku poparły gminy Szczecin, Police, Kołbaskowo i Widuchowa, powiaty policki i gryfiński oraz sejmik województwa zachodniopomorskiego – a więc niemal wszyscy samorządowi interesariusze poza gminą Gryfino, gdzie sprzeciw wyrażali miejscowi radni i burmistrz. Po raz pierwszy od ponad dwóch dekad – od czasu powstania Parku Narodowego Ujście Warty w 2001 roku – utworzenie nowego, 24. już parku narodowego w Polsce wydawało się formalnością technokratyczną, a nie polem bitwy.

Projekt rozporządzenia wyznaczającego granice parku objąłby ponad 3,8 tysiąca hektarów cennych przyrodniczo terenów w dolnym biegu Odry. Rząd zaplanował na 2026 rok 19 milionów złotych na organizację parku.

Argument, który miał przesądzić sprawę: „zablokuje port”

Gdy projekt trafił do Sejmu, wśród polityków PiS i Suwerennej Polski ruszyła kampania, której centralnym motywem stało się jedno twierdzenie: nowy park narodowy odetnie żeglugę na Odrze, a przez to zahamuje rozwój Zespołu Portów Szczecin-Świnoujście.

Poseł PiS Artur Szałabawka mówił wprost, że projekt „zablokuje rozwój żeglugi śródlądowej na Odrze, co jest tylko w interesie Niemiec”. Michał Woś z Suwerennej Polski pisał o „blokadzie rozwoju portów Szczecin-Świnoujście” i sugerował, że decyzja zapadła w Berlinie. Były minister gospodarki morskiej Marek Gróbarczyk ogłaszał na platformie X, że ustanowienie parku „całkowicie zahamuje rozwój gospodarczy i żeglugę”, działając „na korzyść Berlina”. Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz w Telewizji Republika argumentował, że park odciąłby Szczecin od możliwości transferu produktów i doprowadził do upadku wielu przedsiębiorców.

Argument był chwytliwy – i, jak się okazało, łatwy do zweryfikowania.

Odpowiedź: granice parku nie obejmowały samej rzeki

Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz inicjatywa społeczna wspierająca powstanie parku wskazywały od miesięcy to samo: granice parku i jego otuliny nie obejmowały głównych nurtów rzeki – ani Odry Wschodniej (Regalicy), ani Odry Zachodniej, ani kanału Klucz-Ustowo, ani odcinka Gartz-Martwice. Samo koryto rzeki miało pozostać poza parkiem, a żegluga – odbywać się dokładnie na tych samych zasadach co dotychczas. Stanowisko to potwierdzał w rozmowie z „Wyborczą” wiceminister infrastruktury Arkadiusz Marchewka, wskazując, że w zespole opracowującym założenia parku uczestniczyli przedstawiciele resortu infrastruktury.

Resort klimatu poszedł jeszcze dalej i sięgnął po argument, który trudno było odeprzeć: w bezpośrednim sąsiedztwie budowanego właśnie Głębokowodnego Terminalu Kontenerowego w Świnoujściu od 65 lat funkcjonuje Woliński Park Narodowy – i w żaden sposób nie blokuje on ani nie utrudnia realizacji tej inwestycji. Ministerstwo podkreślało też, że odcinek Odry od Ognicy do granicy wód morskich, obsługujący terminal, należy do sieci TEN-T i jego żeglowność jest chroniona prawem unijnym – w tym przez Niemcy, które miałyby rzekomo zyskiwać na „blokadzie”.

Innymi słowy: argument o zablokowanym porcie opierał się na scenariuszu, który sam projekt ustawy wprost wykluczał. Rok później, gdy prace nad Przylądkiem Pomerania faktycznie ruszyły, a Woliński Park Narodowy nie stanął im na przeszkodzie ani nie zgłosił żadnych zastrzeżeń blokujących inwestycję, teza o nieuchronnym konflikcie parku narodowego z rozwojem portu straciła również empiryczne oparcie – stała się przykładem argumentu, który nie wytrzymał zderzenia z rzeczywistością.

Plan B: mniej niż połowa pierwotnego obszaru

Mimo to 7 listopada 2025 roku prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę. W uzasadnieniu wskazał, że wykorzystane dane przyrodnicze były częściowo nieaktualne lub niedostatecznie zweryfikowane, a sam projekt mógł nadmiernie ograniczyć działalność mieszkańców, rolników i przedsiębiorców oraz wpłynąć na żeglugę śródlądową – powtarzając, choć w łagodniejszej formie niż politycy PiS, ten sam wątek gospodarczy.

Minister klimatu Paulina Hennig-Kloska odpowiadała, że jest „dokładnie odwrotnie” – że to samorządy i przedsiębiorcy widzą w parkach narodowych impuls rozwojowy, a Wody Polskie i tak zachowały uprawnienia niezbędne do utrzymania żeglugi.

Po wecie ministerstwo nie zrezygnowało, ale zmieniło strategię. Zamiast nowej ustawy – którą prezydent mógłby zawetować ponownie – rząd sięgnął po rozporządzenie Rady Ministrów, które nie wymaga prezydenckiego podpisu. Rozważano trzy warianty: dołączenie Międzyodrza do Wolińskiego Parku Narodowego, do Parku Narodowego Ujście Warty albo do Drawieńskiego Parku Narodowego. Ostatecznie wybrano ten trzeci – ze względu na zgodę dyrekcji parku i częściowe podobieństwo ekosystemów.

19 maja 2026 roku projekt rozporządzenia trafił do wykazu prac legislacyjnych rządu. Zakłada on włączenie w granice Drawieńskiego Parku Narodowego niespełna 1400 hektarów Międzyodrza – terenów w gminie Kołbaskowo i mieście Szczecin – jako oddzielonej geograficznie eksklawy pod nazwą „Obwód Ochronny Dolina Dolnej Odry”. Dodatkowo do parku ma trafić 155 hektarów gruntów w gminie Drawno, wcześniej wykupionych z myślą o ochronie przyrody. Przyjęcie rozporządzenia planowane jest najpóźniej w trzecim kwartale 2026 roku.

To wciąż nie obejmuje całości pierwotnego zamysłu. Gmina Widuchowa i powiat gryfiński – które w toku prac nad pierwotną ustawą zgadzały się na powstanie odrębnego parku narodowego – nie chcą być filią innego parku i opowiadają się za powrotem do idei samodzielnej jednostki. Dla tej części obszaru mają toczyć się równoległe, oddzielne prace legislacyjne, których finał pozostaje otwarty.

Krytycy nowego rozwiązania nie kryją rozczarowania. Jak zauważano w mediach zajmujących się tematem, nowa propozycja obejmuje „mniejszy, rozproszony obszar, podzielony między różne formy ochrony”, co jest „trudne do zrozumienia” w porównaniu z pierwotną, spójną koncepcją jednego parku obejmującego całą dolinę. Lokalny działacz ekologiczny Ryszard Matecki, komentując wynik całego sporu, mówił o zderzeniu z „absolutnym, bezwzględnym walcem propagandowym polityków, którym zależało na tym, żeby nastraszyć ludzi”.

Drugi argument: „park krajobrazowy i Natura 2000 już wystarczają”

Obok tezy o zablokowanym porcie w debacie funkcjonował drugi, równie często powtarzany argument – że Międzyodrze nie potrzebuje nowej formy ochrony, bo od 1993 roku działa tam już Park Krajobrazowy Doliny Dolnej Odry, a dodatkowo teren objęty jest siecią Natura 2000. Szef gabinetu prezydenta Paweł Szefernaker uzasadniał w ten sposób decyzję o wecie, pisząc, że teren „jest już chroniony”. Podobne stanowisko od miesięcy prezentowały władze gminy Gryfino – jedynego samorządu, który w głosowaniu odrzucił udział w projekcie parku narodowego – oraz media i politycy jej przychylni, w tym Radio Maryja, które relacjonowało lokalną petycję do prezydenta o zawetowanie ustawy.

Burmistrz Gryfina Mieczysław Sawaryn, który wygrał wybory samorządowe w 2024 roku między innymi obietnicą zablokowania prac nad parkiem, i jego zastępca Tomasz Miler konsekwentnie podnosili, że gmina – jako jedyna posiadająca na terenie planowanego parku obiekty przemysłowe, w tym sąsiedztwo Elektrowni Dolna Odra – nie potrzebuje dodatkowych ograniczeń. Argument wzmacniali miejscowi rybacy zrzeszeni w Rybackiej Spółdzielni „Regalica”: jak mówił jej przedstawiciel Grzelak w rozmowie z OKO.press, park krajobrazowy to „wystarczająca forma ochrony”, a rewitalizację Międzyodrza – pogłębienie kanałów, otwarcie śluz – da się przeprowadzić bez powoływania parku narodowego. Rybacy w pewnym momencie jednak wycofali się z protestu i współpracowali, przy tworzeniu projektu. Prawicowe władze Gryfina były nieugięte.

Weryfikacja: co trzydzieści lat parku krajobrazowego naprawdę dało

Ten argument da się sprawdzić prościej niż tezę o żegludze, bo park krajobrazowy funkcjonuje na Międzyodrzu od ponad trzech dekad – to nie hipoteza, tylko zamknięty eksperyment.

Wynik nie jest budujący. Jak przyznają pracownicy Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Zachodniopomorskiego, „możliwości ochrony przyrody niemal się wyczerpały”, a zarządzaniem terenem zajmuje się aż siedemnaście różnych podmiotów – od Wód Polskich, przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa, po Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska – co w praktyce uniemożliwia spójne decyzje inwestycyjne czy ochronne, bo każda z nich wymaga zgody wszystkich właścicieli terenu. Park krajobrazowy, w przeciwieństwie do parku narodowego, nie dysponuje też własnym budżetem państwowym ani wyspecjalizowaną służbą terenową.

Efekt widać gołym okiem – i dosłownie z lotu ptaka. Kanały, którymi jeszcze dwie dekady temu można było swobodnie przepłynąć pontonem, dziś w wielu miejscach zarosły na tyle, że da się je przejść suchą nogą. Nawet mieszkańcy sceptyczni wobec samego pomysłu parku narodowego przyznawali w rozmowach z dziennikarzami, że park krajobrazowy miał „wszystko uprzątnąć”, a mimo to „całe Międzyodrze [jest] zarośnięte”. Innymi słowy: teza, że istniejące formy ochrony wystarczą, jest trudna do obrony właśnie dlatego, że te formy ochrony działają od trzydziestu lat i degradacja terenu postępowała pod ich nadzorem, a nie pomimo ich braku.

Mocny komentarz Piotra Piznala

Do tego wątku – i do pytania, gdzie w całym sporze byli obrońcy środowiska – odniósł się publicznie Piotr Piznal, komentując artykuł Gazety Gryfińskiej oparty na wypowiedzi Kamila Milera, brata wiceburmistrza Gryfina. Piznal zwraca uwagę, że społecznicy nie dysponują ani budżetem, ani uprawnieniami kontrolnymi, ani łodziami patrolowymi – to zadanie dla wyspecjalizowanej instytucji, jaką miała być właśnie Dyrekcja Parku Narodowego z własnym monitoringiem jakości wód i strażą parku. Jego zdaniem to właśnie ten instrument – wskazywany przez lata jako systemowe rozwiązanie – został przez przeciwników parku skutecznie zablokowany.

Wniosek, jaki wyciąga, jest prosty: przez lata łatwiej było mówić o zagrożeniach – czy to o zanieczyszczeniach płynących z niemieckiej rafinerii w Schwedt, czy o degradacji Międzyodrza – niż budować instytucję zdolną je realnie rozwiązywać. Gdy taka instytucja była w zasięgu ręki, argumentem, który miał ją zablokować, było przekonanie, że dotychczasowa ochrona już wystarcza. Trzy dekady funkcjonowania tej ochrony sugerują, że nie wystarczała.

Oba flagowe argumenty przeciwników Parku Narodowego Doliny Dolnej Odry – że zablokuje on rozwój portu w Świnoujściu oraz że istniejąca ochrona (park krajobrazowy i Natura 2000) jest wystarczająca – można było zweryfikować już w momencie ich formułowania. Pierwszy obalała treść samego projektu ustawy, wyłączającej koryto Odry z granic parku, oraz praktyka: budowa Przylądka Pomerania toczy się dziś bez przeszkód tuż obok 65-letniego Wolińskiego Parku Narodowego. Drugi obalają trzy dekady funkcjonowania parku krajobrazowego, pod których nadzorem Międzyodrze systematycznie zarastało i zamulało się, a jego ochronę utrudniało rozproszenie kompetencji między siedemnaście różnych instytucji.

Mimo to prezydent Nawrocki zawetował ustawę, a park narodowy w pierwotnym, spójnym kształcie nie powstał. To, co ostatecznie ma chronić Międzyodrze, to rozproszona, licząca niespełna 1400 hektarów eksklawa Drawieńskiego Parku Narodowego, powoływana w drodze rozporządzenia – bez gminy Gryfino, która pozostaje pod ochroną tego samego parku krajobrazowego, którego ograniczenia trzy dekady doświadczeń miały już wykazać.

Jakby tego było mało: przez miesiące narracja polityków PiS i Suwerennej Polski trzymała się jednego, powtarzanego motywu: Park Narodowy Doliny Dolnej Odry powstaje, bo tak chcą Niemcy. Michał Woś pisał o „rozkazach z góry”, gdzie „góra… słucha Berlina”, a poseł Artur Szałabawka twierdził wprost, że projekt „jest tylko w interesie Niemiec”. Marek Gróbarczyk szedł jeszcze dalej, nazywając powołanie parku działaniem „na korzyść Berlina” i mówiąc o „niemieckiej blokadzie Odry”. Wspólnym mianownikiem tych wypowiedzi było przedstawienie ochrony przyrody po polskiej stronie granicy jako realizacji niemieckiego interesu kosztem polskiej gospodarki.

Tymczasem to właśnie po niemieckiej stronie granicy toczy się realny, udokumentowany sprzeciw wobec innej, znacznie większej inwestycji infrastrukturalnej w tym samym regionie – budowanego właśnie Przylądka Pomerania. Niemiecka inicjatywa obywatelska Lebensraum Vorpommern z wyspy Uznam złożyła formalną skargę na polską decyzję środowiskową dla terminalu, którą rozpatruje Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie. Jak informowała Deutsche Welle, strona niemiecka kwestionuje zasadność wydania tej decyzji, a niemieckie gminy przygraniczne, w tym Heringsdorf, otwarcie wyrażają obawy przed wpływem terminalu na środowisko wysp Wolin i Uznam. To dokładne odwrócenie schematu, jaki politycy PiS przypisywali sporowi o park narodowy – tam Niemcy nie domagają się ochrony przyrody po polskiej stronie, lecz protestują przeciwko polskiej inwestycji gospodarczej.

Zestawienie tych dwóch faktów obnaża wewnętrzną sprzeczność narracji, którą przez miesiące budowano wokół Doliny Dolnej Odry. Jeśli kryterium miałoby być to, po której stronie granicy leży niemiecki interes, to konsekwentnie należałoby uznać, że to sprzeciw wobec Przylądka Pomerania – realnie zgłoszony przez niemiecką organizację do polskiego sądu – jest przejawem niemieckich wpływów na polską politykę gospodarczą, a nie hipotetyczny, nigdy niepotwierdzony scenariusz blokady żeglugi przez park narodowy, który nawet nie obejmował koryta Odry. Nikt z autorów tezy o „niemieckim” parku narodowym nie zastosował tej samej logiki do rzeczywistego, udokumentowanego niemieckiego sprzeciwu wobec terminalu – co sugeruje, że argument „chcą tego Niemcy” był narzędziem doraźnej mobilizacji politycznej, używanym wybiórczo tam, gdzie było to wygodne, a pomijanym tam, gdzie fakty przeczyłyby całej konstrukcji

Popularne Artykuły