Cała sytuacja z zapowiadanym wetem Karola Nawrockiego to podręcznikowy przykład politycznej błazenady, w której jedyną stałą jest cyniczne granie pod chwilę i doraźny interes polityczny. Jeszcze kilka lat temu to Prawo i Sprawiedliwość z zapałem forsowało wzrost akcyzy na alkohol, tytoń czy cukier – przedstawiając je jako konieczne działania prozdrowotne i propaństwowe. Platforma Obywatelska z kolei krzyczała, że to fiskalne łupienie obywateli i podsycanie inflacji. Dziś role się odwróciły – rząd Donalda Tuska trzyma się ścieżki wytyczonej przez poprzedników, a prezydent wywodzący się ze środowiska PiS zgrywa obrońcę portfela Polaków, grożąc wetem. Paradoks? Owszem. Ale przede wszystkim dowód na to, że wyborcy są zwyczajnie oszukiwani.
Mechanizm jest zawsze ten sam: kiedy polityk jest w opozycji, przedstawia podwyżki podatków jako dramatyczny cios dla społeczeństwa i gospodarki. Gdy tylko przejmuje władzę – bez wahania realizuje te same rozwiązania, które wcześniej krytykował. A wyborcy, karmieni tym spektaklem, mają wierzyć, że to troska o ich dobro, a nie zimna kalkulacja, kto akurat może zyskać kilka punktów w sondażach.
Nawrocki, wetując ustawę, nie działa więc w imię „zdrowego rozsądku” czy „ochrony obywateli przed nadmiernym fiskalizmem”. Jego decyzja to raczej symboliczna szpila wbita rządowi, próba ustawienia się w roli niezależnego arbitra, podczas gdy fakty pokazują coś odwrotnego: akcyzowa mapa została stworzona przez PiS i tylko aktualizowana przez PO. Polityczna gra pozorów sprawia, że raz jedni, raz drudzy udają obrońców obywatela, choć tak naprawdę wszyscy doskonale wiedzą, że akcyza to jedno z najpewniejszych źródeł budżetowych miliardów.
To błazenada, w której stawką nie jest realna polityka fiskalna, ale narracja. Opozycja zawsze będzie mówić: „łupicie Polaków”, władza zawsze odpowie: „musimy dbać o zdrowie i budżet”. I tylko liczby pozostają nieubłagane: wpływy z akcyz i podatków systematycznie rosną, niezależnie od tego, kto akurat trzyma stery.
W całym tym spektaklu prawdziwy dramat dotyczy nie alkoholu, tytoniu czy cukru, ale jakości debaty publicznej. Politycy nie dyskutują poważnie o tym, jak powinien wyglądać system podatkowy i jakie ma konsekwencje społeczne, tylko wciągają obywateli w farsę, w której zmieniają maski w zależności od bieżącej roli. Wyborcy dostają teatr, a rachunek – i tak zawsze – trafia do nich.
Warszawski spektakl, lokalne problemy i wydatki
Na poziomie lokalnym ta wojna o akcyzy i podatki ma równie groteskowe przełożenie. Samorządowcy, niezależnie od barw partyjnych, zostają wplątani w narracje, które kompletnie nie dotyczą ich realnych kompetencji. Prezydenci miast, burmistrzowie czy radni muszą odpowiadać mieszkańcom na pytania o ceny alkoholu czy papierosów, choć wpływają na nie decyzje podejmowane wyłącznie w Warszawie. W efekcie lokalni politycy zaczynają uprawiać taką samą grę jak ich partyjni zwierzchnicy – jedni głośno krytykują rząd, inni powtarzają jego narrację o „ochronie zdrowia obywateli”. Nikt natomiast nie mówi uczciwie, że samorząd od lat nie dostaje adekwatnych środków do nowych obowiązków i że to właśnie centralna polityka podatkowa odbiera im realne możliwości inwestycji.
Paradoks widoczny jest choćby w budżetach miast i gmin. Z jednej strony akcyza zasila centralny budżet państwa, z którego potem samorządy liczą na subwencje. Z drugiej – to właśnie samorządy muszą walczyć ze skutkami nadmiernego spożycia alkoholu, otyłości czy chorób cywilizacyjnych. Prowadzą programy profilaktyczne, finansują pomoc społeczną, organizują kampanie edukacyjne, które kosztują lokalne kasy miliony złotych. A mimo to, nie mają żadnego wpływu na decyzje dotyczące podatków, które rzekomo mają poprawiać zdrowie społeczeństwa. To kolejny przykład oderwania warszawskiej polityki od realiów lokalnych – tam toczy się wojna na weto i hasła, a tu trzeba mierzyć się z realnymi skutkami społecznymi.
Nie bez znaczenia jest też fakt, że lokalna polityka coraz bardziej staje się zakładnikiem partyjnych wojen. Gdy prezydent miasta czy wójt należy do jednego obozu, a radni do drugiego, sprawy lokalne ustępują miejsca dyskusjom o decyzjach prezydenta RP czy rządu. Podwyżki akcyzy, które w teorii są kwestią makroekonomiczną, przeradzają się w tematy sesji rady miasta, debat w sejmikach czy kampanii do wyborów samorządowych. Zamiast rozmawiać o drogach, szkołach czy kulturze, lokalni politycy licytują się, kto lepiej skomentuje decyzję o wprowadzeniu bądź zawetowaniu podatku cukrowego. W efekcie wyborcy na dole dostają ten sam teatr co w Warszawie – tylko na mniejszej scenie i z jeszcze większym poczuciem, że ich codzienne problemy nikogo tak naprawdę nie interesują.





