środa, 14 stycznia, 2026
spot_img
spot_img

Najpopularniejsze

Zobacz również...

Nieczytaci, czy zbyt skromni? Oświadczenia majątkowe to fikcja

Wójt ma dom, działkę i dwa konta. Burmistrz — mieszkanie po babci i „około 15 tys. zł oszczędności”. Radny z miasta wojewódzkiego? „Brak majątku” – taki skromny. Oświadczenia majątkowe naszych lokalnych włodarzy czyta się dziś jak bajki dla naiwnych: wszystko się zgadza, tylko że prawie nic się nie zgadza. I choć miały być narzędziem kontroli społecznej, to często są tylko zbiorem półprawd, niedopowiedzeń i celowych przemilczeń.

 

Przeglądając setki oświadczeń majątkowych samorządowców w Polsce, można dojść do dwóch wniosków. Pierwszy: radni, wójtowie i burmistrzowie masowo ukrywają swoje księgozbiory. Drugi — jeszcze bardziej niepokojący — że ich po prostu nie mają. Aż trudno powiedzieć, co gorsze. Bo jeśli urzędnik nie wpisuje do oświadczenia 3 tysięcy tomów literatury, które zalegają mu w domowej bibliotece — to zataja majątek. Ale jeśli jedyną książką w domu jest kalendarz podatkowy z 2018 roku, to naprawdę jesteśmy w trudnym miejscu jako społeczeństwo.

Z obrazami i biżuterią jest podobnie. Albo nikt nic nie posiada — mimo że w tle zdjęcia z jubileuszu lokalnych obchodów 3 Maja widać imponujący złoty zegarek — albo rzeczywiście cała klasa samorządowa jest tak ascetyczna, że ich jedynym luksusem jest fotel w sali sesyjnej. I tylko ten zegarek czasem zdradzi więcej, niż 10 stron urzędowego formularza.

Oświadczenia to fikcja?

Oświadczenia majątkowe samorządowców – dokumenty, które miały być przejawem przejrzystości i uczciwości życia publicznego, coraz częściej przypominają bardziej spowiedź z grzechów drobnych niż realny wykaz majątku. Wójtowie, burmistrzowie, radni miejscy i powiatowi wypełniają te formularze z większym lub mniejszym entuzjazmem, często jednak z minimalnym zaangażowaniem i maksymalną ostrożnością. Ostrożnością, której celem jest nie tyle ochrona prywatności, ile ochrona niewygodnej prawdy.

Co więc widzimy w tych publicznych dokumentach? Mieszkanie o powierzchni 64 m², wycenione „orientacyjnie” na 180 tys. zł (w centrum dużego miasta, oczywiście), kilka tysięcy złotych na koncie i samochód z 2011 roku. Czasem dorzucona działka po babci, która „nie ma dostępu do drogi publicznej, więc właściwie nieużyteczna”, a czasem „nic do wpisania”. To wszystko. Zero dzieł sztuki, brak kolekcji, biżuterii czy – o zgrozo – księgozbiorów.

I tu zaczyna się robić naprawdę ponuro. Bo jeśli ktoś przez kilkadziesiąt lat życia nie zebrał ani kilkudziesięciu książek, które zasługiwałyby na wzmiankę w oświadczeniu, to znaczy, że albo ukrywa je z premedytacją (bo być może warte są więcej niż wpisany dom), albo po prostu nie ma co ukrywać – bo nie czyta. I jedno, i drugie jest smutne. Zwłaszcza w przypadku ludzi, którzy mają decydować o edukacji, kulturze, rewitalizacji zabytków i prowadzeniu biblioteki publicznej.

Nie lepiej jest z innymi dobrami materialnymi – dziełami sztuki, kolekcjami monet, obrazów czy choćby wspomnianą biżuterią. Teoretycznie, jeśli ich wartość przekracza ustawowy próg, powinny się znaleźć w oświadczeniu. Praktycznie – znikają jak kamfora. A przecież biżuteria bywa bardziej dyskretna niż dom z ogrodem, a zegarek na ręku czasem mówi więcej o statusie majątkowym niż samochód na parkingu. I właśnie zegarki zaprowadziły jednego z polityków na manowce. Pamiętacie? Były minister transportu Sławomir Nowak za nieujawnienie w oświadczeniach majątkowych drogich zegarków zapłacił bardzo wysoką cenę. Cena ta okazała się znacznie wyższa niż wartość wspomnianych czasomierzy – Nowak zniknął z życia publicznego, a jego kariera została brutalnie przerwana. Czy tak powinno to wyglądać? Czy każdy polityk, który nie wpisze luksusowego przedmiotu do rubryki, powinien kończyć w czeluści zapomnienia? A może był to jednostkowy przypadek, wykorzystany cynicznie, by udupić polityczną konkurencję? Bo przecież wśród samorządowców takich zegarków widuje się wiele – tyle że rzadko kto ma pecha być akurat na celowniku służb, mediów lub kolegów z partii.

Dodatkową zasłoną dymną stała się rozdzielność majątkowa. Pozwala ona sprawnie oddzielić majątek „mój” od majątku „naszego”, który – przypadkiem – znajduje się wyłącznie na koncie małżonka. I nikt nie ma prawa zapytać, dlaczego burmistrz deklaruje, że nie posiada żadnych oszczędności, a jego współmałżonek właśnie kupuje działkę budowlaną w kurorcie. Wszystko zgodne z prawem – choć niekoniecznie z jego duchem.

Równie zabawna (a może tragikomiczna) jest sprawa wycen nieruchomości. Przepisy nie wymagają załączenia wyceny rzeczoznawcy, więc urzędnik wpisuje sobie „mieszkanie – 180 tys.” i sprawa załatwiona. Czy to rzeczywista wartość? Oczywiście nie. Ale kto to sprawdzi? Przewodniczący rady? On najczęściej nawet nie zauważy różnicy. A Centralne Biuro Antykorupcyjne? Owszem, może się zainteresować. Ale tylko wtedy, gdy doniesie sąsiad, dziennikarz lub zawiśniesz komuś na politycznym radarze.

Czy ktoś więc rzeczywiście sprawdza rzetelność tych oświadczeń? Niekiedy tak. Ale zazwyczaj nie. Rzadko kiedy mamy do czynienia z wnikliwą analizą merytoryczną. O wiele częściej – z kontrolą formalną, której celem jest ustalenie, czy w odpowiednich rubrykach coś wpisano, a nie – czy wpisano prawdę.

Wszystko to prowadzi do wniosku, że oświadczenia majątkowe mają dziś raczej charakter rytuału niż narzędzia kontroli. Są jak szkolne wypracowanie z rubrykami do wypełnienia: byleby było, byleby nikt się nie czepiał. A skoro nikt nie czyta uważnie, to po co się starać? Najlepiej wpisać mało, ogólnikowo i bezpiecznie. Zaniżyć wartość, pominąć to, co „nieistotne”, a jeśli coś nie pasuje – zapisać na żonę.

Czy to znaczy, że należy zrezygnować z oświadczeń majątkowych? Absolutnie nie. Ale ich obecna forma woła o pomstę do legislatora. Potrzeba rzetelnych wytycznych, obowiązku załączania rynkowych wycen, jawności składników majątku współmałżonków i niezależnych kontroli. Bo obecnie mamy do czynienia z papierową fikcją, która daje złudne poczucie przejrzystości, ale w rzeczywistości chroni tych, którzy mają coś do ukrycia.

A obywatele, którzy chcieliby wiedzieć, kto i za co zarządza ich pieniędzmi, dostają wykres majątku, w którym wszystko kończy się na „braku danych”. Jakby całe życie lokalnego włodarza zmieściło się w starej skodzie, pustym koncie i działce po pradziadku. I ani jednej książki. Ani jednej.

 

Popularne Artykuły