Grażka Górkiewicz to kobieta wielu talentów. Kiedyś jej życie wypełniały deadline’y, reportaże i praca dziennikarska. Dziś skupia się na pomaganiu innym jako terapeutka, a także rozwija swoją artystyczną pasję – rękodzieło, które stało się dla niej nie tylko formą wyrazu, ale i sposobem na ucieczkę od codziennych trosk. W rozmowie z nami opowiada o tym, jak odnajduje równowagę między terapią a sztuką, jak rękodzieło pomaga w radzeniu sobie z wyzwaniami życia oraz dlaczego warto znaleźć czas na tworzenie – niezależnie od wieku i doświadczenia.
Prowadzisz warsztaty pracy twórczej. To zaszczepianie u innych pasji do rękodzieła, czy raczej forma terapii?
– Od kiedy pamiętam, lubiłam piękne, stare przedmioty, myślę, że to przekaz rodzinny. W pokoju rodziców, w peerelowskim bloku, stała stara orzechowa biblioteka po pradziadku. Piękna, snycerska robota. Moja mama ciągle się nią zachwycała, „jakie słoje, jakie staranne wykonanie”. To słowo „starannie” było dla niej bardzo ważne. Kiedy wybierałam swoją pierwszą szkołę po maturze, chyba szłam tym tropem – to, co zrobione ręcznie, z dobrą praktyką rzemieślniczą, spokojnie i dokładnie ma największą wartość. Dlatego wciąż rękodzieło mnie fascynuje, mimo iż zawód wykonuję inny, chociaż moja superwizorka uważa, że psychoterapia to koronkowa robota. Dlatego też chcę przekazać swoją wiedzę innym, może trochę chronić rzemiosło, wyparte niemal całkowicie przez ogromne fabryki. Druga rzecz, że rzeczywiście praca twórcza ma ogromną wartość terapeutyczną. Poprawia sprawność manualną i intelektualną, uczy bycia tu i teraz, daje satysfakcję i poczucie spełnienia. Czasem trzeba też zapanować nad emocją, kiedy coś nie wychodzi…
Jakie techniki rękodzieła najbardziej Cię inspirują?
– Chyba jednak szkło. Uczę witrażu, ale marzy mi się też kurs dmuchania szkła. To niezwykły materiał, twardy i ostry, a jednocześnie kruchy i piękny. Pod wpływem temperatury staje się plastyczny i można z niego tworzyć cieniutkie tafle, które po wystygnięciu są twarde i przezroczyste, można je barwić na niezliczoną ilość kolorów. Trzeba się z nim obchodzić delikatnie i umiejętnie. Potrafi też być kapryśny. To, co mnie urzeka w witrażu to fakt, że praktycznie nie może on istnieć bez światła. Okna w katedrach są piękne, ale tylko wtedy, gdy świeci słońce. Lampa Tiffany’ego wygląda nieźle bez światła żarówki, ale dopiero podświetlona nabiera magicznej mocy.
W jaki sposób taka praca twórcza pomaga w radzeniu sobie z codziennymi wyzwaniami?
– To jest chyba pytanie o przeciwdziałanie wypaleniu zawodowemu… Na pewno warto mieć swoją odskocznię od codziennych obowiązków, coś, co pochłania naszą uwagę, daje możliwość wyciszenia lub odwrotnie, zależy czego kto potrzebuje. Jedni jeżdżą offroady, inni składają origami. Chodzi głównie o to, żeby się zrelaksować i nabrać dystansu do życiowych wyzwań. Druga sprawa to umiejętność rozwiązywania problemów, im więcej masz różnych umiejętności, wiedzy z różnych zakresów, tym więcej różnych rozwiązań jesteś w stanie wygenerować. No i po trzecie – znajomości. Im więcej znasz ludzi i środowisk, tym łatwiej sobie radzisz w życiu.
Jakie emocje lub historie starasz się przekazać poprzez swoje prace? Czy jest w nich element osobistej ekspresji?
– Mam taki cykl obiektów szklanych, który nazwałam „Ryboszony”. To formy rybopodobne zrobione ze szkła, metalu i drewna znalezionego na plaży. Morze fascynowało mnie od zawsze, a kawałki drewna, które mogły przydryfować na bałtycką plażę nawet z drugiego końca świata, uruchamiają wyobraźnię. Więc połączenie dwóch żywiołów ognia (szkło) i wody wydało mi się ciekawe. Ale chyba najbardziej osobiste są moje kolaże-historyjki, które publikuję na Instagramie (a-grafki terapeutyczne). To autentyczne zdarzenia z życia, którymi się dzielę chyba głównie dlatego, żeby sama nabrać do nich dystansu.
Jak wygląda taki proces twórczy? Potrzebna jest konkretna wizja, czy może lepiej poddać się spontaniczności podczas tworzenia?
– Akurat witraż to technika zasadniczo wymagająca planu i precyzji, nie wybacza błędów i niechlujstwa. Można poszaleć przy projekcie, choć też nie do końca, bo szkło to trudny materiał, nie wszystko da się z nim zrobić, jednak podczas wykonania konieczna jest już dobra praktyka rzemieślnicza, w przeciwnym razie obiekt albo straci kształt, albo się rozpadnie, albo w będzie nieestetyczny. Dlatego zanim ktoś się zdecyduje na spontaniczny zakup narzędzi, warto wziąć udział w warsztatach. Ale przecież są inne formy rzemiosła, np. tkactwo, które też bardzo lubię, tu można absolutnie dowolnie stosować materiały, kolory i wzory. Jak w malarstwie. Pełna dowolność.
Czy masz jakieś szczególne doświadczenie związane z prowadzeniem warsztatów rękodzielniczych lub pracy z innymi ludźmi? Co w takich spotkaniach daje Ci największą satysfakcję?
– Bardzo lubię spotkania z ludźmi, są one jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Zarówno w mojej pracy z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, czy w gabinecie psychoterapii, czy właśnie podczas warsztatów lubię te niespodzianki, tę niewiadomą, tę historię, którą każdy ze sobą przynosi. Czasem coś opowie, czasem można się tylko domyślać. To bardzo ciekawe. Lubię patrzeć na ludzi w procesie twórczym, niepewność z jaką zaczynają i satysfakcję na koniec.





