Polski przemysł olejarski dysponuje mocami przerobowymi na poziomie ponad 4,1 mln ton nasion oleistych rocznie. Krajowe pola nie są w stanie dostarczyć tyle surowca. W tym sezonie zbiory rzepaku mogą wynieść zaledwie 2,8–3,2 mln ton, co oznacza, że w zakładach zabraknąć może nawet 1,3 mln ton nasion. To, w połączeniu z drogą energią, presją sieci handlowych i rosnącym importem gotowego oleju zza wschodniej granicy, sprawia, że branża od dwóch lat systematycznie traci rentowność.
Choć krajowe olejarnie mogłyby przerabiać ponad 4 mln ton nasion rocznie, obecnie wykorzystują niecałe 3,6 mln ton. Ta różnica to w praktyce częściowo bezczynne linie produkcyjne i słabsza pozycja konkurencyjna wobec zagranicznych graczy. Już zbiory z 2025 roku – około 3,6 mln ton – nie pokryły w pełni zapotrzebowania przemysłu, więc część surowca trzeba było importować. Prognozy na ten rok są jeszcze gorsze: według wstępnych danych Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa areał upraw rzepaku pod zbiory 2026 to około 1 mln hektarów, czyli o 93 tys. ha mniej niż rok wcześniej. Organizacje branżowe – Krajowe Zrzeszenie Producentów Rzepaku i Roślin Białkowych oraz Polskie Stowarzyszenie Producentów Oleju – szacują tegoroczne zbiory na 2,8–3,2 mln ton.
Konsekwencje sięgają dalej niż bilanse pojedynczych zakładów. Polska jest obecnie trzecim co do wielkości producentem rzepaku w Unii Europejskiej, odpowiadając za około jedną piątą unijnych zbiorów – ustępując tylko Francji i Niemcom. Kurczący się areał upraw może jednak kosztować kraj tę pozycję już w tym roku – branża spodziewa się, że wyprzedzi nas Rumunia, gdzie zasiewy rosną, a prognozy plonów wyglądają korzystniej.
Luka wypełniana ukraińskim olejem, nie ukraińskim rzepakiem
Paradoksalnie, mniejsze krajowe zbiory nie przekładają się na łatwiejszy dostęp do surowca z zagranicy – a przynajmniej nie dla polskich tłoczni. Od kwietnia 2023 roku obowiązuje zakaz importu z Ukrainy m.in. nasion rzepaku, ale nie obejmuje on produktów już przetworzonych, czyli gotowego oleju. W efekcie do Polski i innych krajów Unii trafia ukraiński olej rzepakowy, podczas gdy krajowe zakłady nie mogą kupić ukraińskich nasion i samodzielnie ich przerobić. Jak zwraca uwagę Adam Stępień, dyrektor generalny Polskiego Stowarzyszenia Producentów Oleju, oznacza to, że wartość dodana z tłoczenia i rafinacji trafia poza polski przemysł, a nie zostaje w kraju. Dlatego część branży postuluje ponowne przeanalizowanie zakazu – tak, by kontrolowany import nasion, a nie gotowego produktu, pozwolił przerabiać surowiec w polskich zakładach. Taka zmiana rodziłaby jednak pytania o interesy rodzimych rolników i warunki konkurencji na rynku skupu.
Na początku lipca średnia cena skupu rzepaku w Polsce sięgnęła 2318,84 zł za tonę, czyli o 3,7 proc. więcej niż miesiąc wcześniej i o 1,8 proc. więcej niż rok temu. Dla zakładów przetwórczych liczy się jednak nie sama cena surowca, ale jej relacja do ceny uzyskiwanej za gotowy olej. Kiedy rzepak drożeje szybciej niż olej – a to zjawisko, na które zwraca uwagę branża – marże olejarni się kurczą. Dodatkowo presję na ceny wywierają sieci handlowe, które od miesięcy ścigają się w promocjach na olej rzepakowy, przerzucając część kosztów tej walki na producentów.
Ograniczony rynek zbytu
Krajowy popyt na olej spożywczy od lat pozostaje na podobnym poziomie – to około 1–1,2 mln ton rzepaku rocznie, z których powstaje mniej więcej 400 tys. ton oleju. Branża nie liczy na to, że kolejne promocje w sklepach istotnie zwiększą konsumpcję. Zakłady patrzą więc w stronę biopaliw – Polska jest jednym z większych producentów biodiesla w Europie, a na cele paliwowe trafia już ponad 1 mln ton oleju rzepakowego, do produkcji którego potrzeba blisko 2,5 mln ton nasion. Dalszy wzrost w tym segmencie ogranicza jednak unijna dyrektywa RED II, która limituje udział biopaliw wytwarzanych z roślin spożywczych i paszowych, promując w zamian paliwa z odpadów i pozostałości.
Do tego dochodzą wysokie koszty energii, które bezpośrednio przekładają się na cenę każdej tony wyprodukowanego oleju i śruty paszowej. W Polsce działa już system rekompensat dla firm energochłonnych, narażonych na wysokie ceny prądu oraz pośrednie koszty unijnego systemu handlu emisjami ETS. Branża olejarska chciałaby zostać nim objęta, licząc, że niższe koszty energii pomogą jej skuteczniej konkurować z podmiotami spoza Unii Europejskiej.
Obraz, jaki wyłania się z danych i wypowiedzi branży, nie jest optymistyczny: kurczący się areał upraw, niekorzystna relacja cen surowca do cen gotowego produktu, ograniczony rynek zbytu, unijne limity dla biopaliw i rosnące koszty energii. Same moce przerobowe – nawet jeśli imponujące na papierze – nie wystarczą, jeśli zabraknie zarówno surowca, jak i ekonomicznego sensu, by go przerabiać. Czy to już „katastrofa”, czy raczej długa seria niekorzystnych trendów, które da się jeszcze odwrócić zmianami regulacyjnymi – pokaże najbliższy sezon skupu i to, jak na apele branży odpowiedzą rządzący.






